Państwo marnuje potencjał byłych funkcjonariuszy? Biernacki: oficerowie służb potrzebują „złotych spadochronów”

Aktualizacja: 25 kwietnia, 2026

O tym, dlaczego zwalnianie fachowców u szczytu formy uderza w bezpieczeństwo państwa i z jakiego powodu polskie służby przypominają czasem „stado zagryzających się krokodyli”, rozmawiamy z posłem Markiem Biernackim. Przewodniczący sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych w wywiadzie dla InfoSecurity24.pl wskazuje między innymi, że budżety specsłużb powinny zostać powiązane z PKB na wzór wojska oraz ostro ocenia polityczny spór wokół wstrzymywanych przez prezydenta awansów w SKW i ABW.

Dominik Mikołajczyk: Funkcjonariusze ironizują często, parafrazując popularne powiedzenie, „Byle do bramy, a potem się nie znamy”. Tak opisują to, jak traktowani są po pożegnaniu się z mundurem. Dlaczego Państwo o nich zapomina?

Marek Biernacki, przewodniczący sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych: To jest znacznie szerszy problem. Nie polega on wyłącznie na tym, że państwo po prostu zapomina czy nie potrafi podziękować za pracę komuś, kto po wielu latach odchodzi na emeryturę. U nas odbywa się to po prostu w rytm cykli wyborczych. Każda zmiana polityczna niesie ze sobą radykalne cięcia, zwłaszcza w służbach specjalnych i wywiadzie wojskowym. To praktycznie stały element każdej nowej kadencji.

Gdy spojrzymy wstecz – abstrahując od konkretnej partii, bo problem ma wymiar ogólnoustrojowy – nawet w sytuacji, gdy jedno ugrupowanie rządziło przez osiem lat, dochodziło w tym czasie do dwukrotnych czystek w każdej ze służb. Pozbywano się całych ekip, a praktycznie żaden szef nie utrzymał się dłużej na stanowisku.

W Polsce po prostu nie dba się o funkcjonariuszy. Z jednej strony wysyła się ich na emeryturę, do której mają ustawowe prawo, z drugiej wprost wyrzuca się osoby w sile wieku fizycznego i intelektualnego. A w wielu przypadkach nawet się im nie dziękuje. Znam sytuację z jednej ze służb, gdzie podczas służbowej wigilii wręczano zwalnianym funkcjonariuszom koperty z wypowiedzeniami. To było coś koszmarnego.

W takim razie to problem bardziej polityczny?

Z jednej strony polityczny, z drugiej – systemowy. To bieżąca polityka leży u podstaw błędu całego systemu. Spójrzmy na historię powstania CEK, czyli Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO. Z jednej strony celem jego powołania, na prośbę Amerykanów, było zbudowanie siatki opartej na zaufanych partnerach na tzw. wschodniej flance, przygotowującej nas na zagrożenia hybrydowe ze strony Rosji. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że zbliża się zmiana władzy i znając polskie realia, byłem pewien, co się wydarzy.

Dlaczego o tym mówię? Bo była szansa stworzyć profesjonalną strukturę, która miała pozwolić byłym funkcjonariuszom przetrwać uderzenie „miotły kadrowej”. Chcieliśmy, żeby nowa władza po tym, jak już przeprowadzi te czystki, nadal mogła z tych fachowców korzystać. Czerpać z ich wiedzy. Skończyło się jednak na tym, że zostali oni brutalnie zaatakowani i zwolnieni. Przypięto im łatkę tworzenia sobie „złotych spadochronów”. To jest doskonały dowód na to, jak ciężko w Polsce zadbać o oficerów.

Musimy wreszcie zrozumieć – choć to, co powiem, nie będzie może popularne – oficerowie służb, dla dobra państwa, potrzebują „złotych spadochronów”.

Skoro świadomość tego mechanizmu istnieje od lat, dlaczego nic się nie zmienia? Może rewolucja jest niemożliwa albo tak naprawdę nikt – ani służby, ani politycy – jej nie chcą?

Nie zaprzeczam, że przeprowadzenie tej rewolucji jest trudne. Gdybyśmy potrafili wyciągać wnioski, powinniśmy patrzeć, jak to działa u Brytyjczyków, Francuzów, czy Amerykanów.

Co ma Pan na myśli?

Z jednej strony można powołać wydzielone państwowe agencje na wzór zachodnich, prywatnych firm wojskowych. Z drugiej strony konieczne są struktury analityczne ściągające wiedzę z byłych oficerów liniowych. U nas wszystko rozbija się o polską politykę – brakuje konsensusu, a partyjna wojna odbija się rykoszetem również wewnątrz samych służb.

Jeśli wniosek jest taki, że służby są lustrzanym odbiciem polityki, to faktycznie mamy spory kłopot.

W jakiś sposób niestety są i podział na „swoich i obcych” wciąż funkcjonuje. Ale żeby nie „zwalać” wszystkiego na politykę, to czasami używam takiego porównania: polskie służby przypominają stado krokodyli. Zamiast się chronić, to w sytuacji politycznej zmiany, sami siebie zagryzają.

To też nie brzmi optymistycznie. Więc może porozmawiajmy o tym, jak wygląda to na świecie. Większość państw zachodu poradziła sobie z zagospodarowaniem byłych funkcjonariuszy, żołnierzy. Zdają sobie sprawę z tego, że ci ludzie stanowią bezcenny kapitał.

I będę cały czas powtarzał, że u nas ten kapitał – nawet w takim biznesowym ujęciu – jest całkowicie niewykorzystany. Odchodzą ludzie w pełni wieku, potężnie wyszkoleni, dysponujący niesamowitą wiedzą i siecią kontaktów. Wychodzą z murów instytucji bez żadnego zabezpieczenia, bez tego złotego spadochronu i de facto znikają z pola widzenia, uwalniając się spod wszelkiej kontroli. Odchodzą, a państwo po prostu o nich zapomina. Hasło „byle do bramy” powinno być przestrogą. Dlatego powinien powstać globalny rejestr i wyznaczone miejsca, w których tacy ludzie mogliby się sprawdzić.

Podam świetny przykład mądrości systemowej. W Kabulu miałem okazję prowadzić trudne rozmowy z Amerykanami. Zauważyłem, że obok wojskowych siedzieli bardzo doświadczeni cywile, do których amerykańscy oficerowie zwracali się z ogromnym szacunkiem i radzili się w każdej ważnej sprawie operacyjnej. Zdziwiony, zapytałem, kto to taki. Powiedziano mi: „to nasi starsi oficerowie. Formalnie są na emeryturze, ale pozostają w trybie »stand-by«. Mają wypłacany z tego tytułu jakiś procent wynagrodzenia, ale w każdej chwili, kiedy Ameryka ma problem, powołuje ich do pomocy”. A my co robimy z naszym kontrwywiadem czy wywiadem? Niczego nie sformalizowaliśmy. Oficer ląduje na bruku, bez wsparcia instytucjonalnego, psychologicznego czy rekonwersyjnego.

Państwo nie ma koncepcji na wykorzystanie choćby doświadczonych generałów czy wysokich oficerów służb specjalnych, którzy z powodzeniem mogliby obejmować stanowiska w radach nadzorczych spółek państwowych czy zarządach spółek chroniących infrastrukturę krytyczną. Na zachodzie prywatne korporacje walczą o takich weteranów, bo nazwisko byłego oficera to pieczęć gwarancji i solidności.

Nietrudno sobie jednak wyobrazić, że w polskich realiach były funkcjonariusz służb, który trafi do rady nadzorczej, zostanie zaraz oskarżony o to, że dostał „pracę po znajomości”, albo co gorsza, że jest nominatem „z politycznego klucza”.

To prawda. W Polsce natychmiast po powołaniu takiej osoby do państwowej spółki rusza machina oskarżeń o nepotyzm i układ polityczny. Z drugiej strony, służby też nie potrafią z nich skorzystać, przez co instytucje całkowicie tracą swoją „pamięć” operacyjną – cenne doświadczenia nabyte podczas misji w Iraku czy Afganistanie, zamiast trafiać do młodych, idą do niszczarki.

Jest jeszcze jeden aspekt. Emerytowani oficerowie służb specjalnych stanowią łakomy kąsek dla obcych wywiadów. Pana zdaniem masowa skala werbunku jest realnym zagrożeniem?

To w mojej opinii raczej pojedyncze przypadki. Istnieje naturalny strach operacyjny przed dekonspiracją i to powstrzymuje większość obcych służb działających w Polsce przed próbami nawiązania kontaktu z byłymi funkcjonariuszami. Jednak z drugiej strony, „podchodzenie” takiego emeryta wcale nie musi oznaczać świadomego werbunku. Może to być kolega czy znajomy, któremu sfrustrowany weteran przekaże bezcenną informację w zwykłej, wylewnej dyskusji.

źródło: infosecurity24.pl

Czytaj cały artykuł: https://infosecurity24.pl/sluzby-specjalne/panstwo-marnuje-potencjal-bylych-funkcjonariuszy-biernacki-oficerowie-sluzb-potrzebuja-zlotych-spadochronow?